Siedzę sobie spokojnie z grupką przyjaciół, gramy w gry planszowe albo dyskutujemy, śmiejemy się. Aż tu nagle…

Postanowiłam, że opowiem Wam o moim problemie. To chyba oznacza, że doszłam do miejsca, w którym nie można się dłużej łudzić, że samo minie.

Dobre złego początki

Zwykle nic nie zapowiada katastrofy. Spędzam czas z ludźmi, których lubię, odpoczywam, dobrze się bawiąc. Ale po którejś tam godzinie, kiedy dopada mnie już zmęczenie, zamieniam się w wilka. A może wilkołaka? Na moim zegarze biologicznym wybija godzina dwunasta i dzieją się koszmary.

Już nie czuję się jak księżniczka na balu, tylko jak Sierotka Marysia, co pasła swe gąski. A ponieważ dotknęła ją bieda, gąski usmażyła i zjadła.

Tak by to mniej więcej wyglądało w bajce.

A w rzeczywistości, nieważne czy wypiłam jakieś procenty, czy tylko zieloną herbatkę. Nieważne, że szłam na ten meeting z dobrym nastawieniem. To wszystko nieważne, bo tak czy siak zaczynam słowem gryźć. Wybucham negatywnymi emocjami, których nie potrafię kontrolować. Reaguję zupełnie nieproporcjonalnie do bodźca. Zapominam się. Wszystkie negatywy mnożą mi się w głowie w tempie ekspresowym. Chcę je z siebie wyrzucić. Fukam i się złoszczę, bo to pierwsze i jedyne, co przychodzi mi wtedy do głowy. Niestety, nie przychodzi myśl, żeby się przytulić. Niestety nie wołam wtedy: pomocy albo uciekajcie, póki czas.

A złośnicy przecież nikt nie przytuli

Czuję się wtedy całkiem nie sobą. Czuję się strasznie samotna z problemem, którego nie potrafię rozwiązać. Czuję frustrację, smutek, wstyd, zażenowanie… zalewa mnie fala emocji.

Mam ochotę gdzieś się zaszyć, poczekać aż ktoś do mnie przyjdzie i po prostu chwilę ze mną posiedzi. Ktoś przyjdzie i powie, że nic się nie stało. (Że wcale nie zachowałam się znowu jakbym miała trzy latka.) Ale zaraz potem myślę sobie, że nikt nie przyjdzie, bo nikt nie siedzi w mojej głowie. Nikt nie zgadnie, co ze mną zrobić w takiej sytuacji.

Wcale się zresztą nie dziwię, że nikt nie przychodzi, bo ja sama najchętniej po prostu wywaliłabym się za drzwi.

Ale to, że nikt nie przychodzi, na powrót budzi we mnie złość. Złość z bezsilności.

Napady irracjonalności

Skąd to się bierze? Wystarczy gest, chwilowe niepowodzenie w grze, czyjeś odmienne zdanie… A mechanizm w mojej głowie wyolbrzymia wszystko do rozmiarów życiowej porażki. Otacza mnie irracjonalny, nieprzyjazny świat. Najczęściej nawet rozumiem, że jest jakiś błąd w łańcuchu przyczynowo-skutkowym, ale mózg podsyła mi kolejne negatywne myśli, lęki, obawy i kompleksy. I nie mam siły z nimi wszystkimi walczyć, poddaję się.

Jest mi wstyd za te wszystkie momenty. Ciągle jest mi wstyd i najchętniej zapadłabym się pod ziemię. Przepraszam tych, którzy kiedykolwiek byli świadkami mojej ciemnej strony mocy. Wasza wyrozumiałość mnie zdumiewa.

Może dlatego, że ciężko mi jest sobie wybaczyć i uwierzyć, że te niekontrolowane zachowania nie przyćmią w końcu moich zalet.

Napisałam to wszystko, bo nie mogę się dłużej oszukiwać, że jestem w stanie poradzić sobie sama. Nie jestem.

Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Wszyscy potrzebujemy czasami wsparcia. Dlatego proszę Was o modlitwę. Nie musi być zdrowaśka, może być zwykłe westchnienie. Żebym potrafiła lepiej wykorzystywać swoją wrażliwość: z korzyścią dla innych i siebie.

Dziękuję.