Są takie osoby, które ciężko docenić w pierwszym kontakcie. Szkoda, bo nieraz okazują się świetnymi kompanami.

Poznałam go, będąc małą dziewczynką i na początku nie wydał mi się szczególnie interesujący. Był po prostu synem znajomych rodziców i od czasu do czasu, siłą rzeczy, się spotykaliśmy. Wówczas bardzo nieufnie odnosiłam się do obcych, więc mój z nim kontakt był zdawkowy. Mogliśmy siedzieć godzinami obok siebie, zajmując się zupełnie odmiennymi rzeczami i nie odzywając ani słowem. Chwilami czułam na sobie jego wzrok, ale kiedy spoglądałam w jego kierunku, zdawał się całkowicie pochłonięty własnymi zajęciami: budowaniem z klocków, obserwowaniem rybki w akwarium czy rozpakowywaniem kolejnej kinder niespodzianki.

Był inny niż wszyscy chłopcy, których wówczas znałam. Zamknięty w sobie, łagodny i pełen wewnętrznego ciepła. Tak bardzo podobny do tamtej mnie. Może dlatego nie zajęło nam wiele czasu odnalezienie wspólnego języka. Może dlatego, pomimo różnych przeżyć, dziś znów mamy dobry kontakt.

Są tacy ludzie, którzy nie błyszczą w towarzystwie, za to zwykle podobają się matkom. Rodzicielka ciągle pyta, dlaczego nie weźmiesz go pod uwagę, to taki miły chłopak. I ciągle zaprasza go na obiad, bo taka chudzina. Każdy pretekst jest dobry. Ale to jeszcze bardziej cię do niego zniechęca.

I dalej uganiasz się za tymi niebezpiecznymi draniami. Bo życie jest tylko jedno, a ty chcesz korzystać. Chcesz czuć adrenalinę, a nie siedzieć z delikwentem i słuchać o kwantach. Ale potem przychodzi taki dzień, kiedy ktoś przekracza wszystkie twoje granice i mówisz sobie: „stop”. Czujesz, że czas coś zmienić. I wtedy dopiero zaczynasz zauważać, że masz obok przyjaciela. W końcu zaczynasz widzieć, że o niego też trzeba dbać. A dotąd było to dość jednostronne. Zaczynasz zauważać coś więcej niż czubek własnego nosa.

Tak było ze mną. Taki facet to skarb. Choć ciągle go miałam, nie potrafiłam docenić. Był tuż obok tyle lat, a ja czasem nie miałam ochoty go nawet odwiedzić. W końcu jednak, nie pamiętam dokładnie kiedy, udało mi się go bliżej poznać. Przejrzałam na oczy i doceniłam wszystkie małe i duże gesty z jego strony: że pomagał mi w nauce i wyzdrowieć, nieraz leczył złamane serce, pokazał najlepszego faceta na świecie, radził, gdzie nie iść, żeby nie wpakować się w tarapaty i nie mówił: „a nie mówiłem”, kiedy nie posłuchałam…

Mój przyjaciel jest Bogiem.

Fot. Taylor Leopold. CC0 License