Kiedy już myślę, że znormalniałam, znów włącza mi się syndrom takiej, co to w popiele grzebała aż się okopciła cała. Spokojnie sobie jestem gdzieś tam i nagle, zupełnie ni z tego, ni z owego, zaczynam wyobrażać sobie, że jestem Kopciuchem. Wcielam się w tę rolę i czuję, że jest na mnie jak ulał. (Nie ma problemu, żeby trochę wody się oczami ulało.)

Jednak nie do końca mi to leży, bo Kopciuchowska miała przynajmniej pantofel. A za pantoflem, jak po sznurku do niej książę trafił i już był pod pantoflem. Ja zaś, kiedy czuję, że zaszła zamiana, nie mam czym rzucać za siebie. No bo co? Zdejmę sandał? Zrobię rzut sandałem i kto mi na sandała się złapie? No przecież, że nikt.

 

Nie Kopciuch, a zwykła biegaczka

Popełniam więc straszliwy błąd, niewybaczalny, albowiem nie mam strategiiPyk – włącza się czerwona lampka, czyli, że może być dobrze albo może być niedobrze – i biegnę, lecę. I wtedy nie ma już Kluski, ale Kopciuch. Taki Kopciuch o północy, oczywiście. Bez balowej sukni, bo już jej znikła. Rozczarowana dziewczyna, że to już wszystko, co dobre się musi skończyć. Bez nadziei na powtórkę. Taka zwykła biegaczka, co mknie przed siebie niczym wicher, bo ma taki nakaz z góry. A dlaczego, czy to jest sensowne, to nawet nie zastanowiła się, nie zapytała. Nie sprawdziła, czy książę w pobliżu jest chociażby. Lepiej życiorys utrudniać i zdać się na sprzyjający los. I masz babo placek, a raczej figę.

 

Przez chwilę czuję się bohaterką historii rodem z romantycznego filmu. Jakąś niesamowitością, którą zaraz dogoni jedyny taki na świecie okaz faceta. Tylko, jak już wykonam ten cudowny bieg, okazuje się, że byłam raczej beznadziejnym przypadkiem Bridget Jones, a nie żadną niesamowitością. Czasem ma się więcej szczęścia niż rozumu. Mam nadzieję.