W Internecie aż kipi od porad, jak być idealną: kobietą, partnerką, kochanką, żoną…

Musisz mieć taką, a taką figurę. Musisz się tak, a tak zachowywać. Musisz łączyć w sobie wszystkie przeciwstawne cechy, ale w odpowiednich proporcjach. Można by tak długo wymieniać, tylko ciężko znaleźć odpowiedź na pytanie:

po co być ideałem?

Czasami jest mi źle, kiedy się w związku ścieramy i wiem, że tym razem nastąpiło to wyłącznie z mojej winy. Kiedy coś nabroję i potem wstyd mi się przyznać. Ale wiem i jestem w tym na bieżąco utwierdzana, że pewien procent negatywnych cech w charakterze jest wskazany, a nawet pożądany.

Nikt poważny tak naprawdę nie chce mieć idealnej partnerki, bo byłby się z nią na śmierć zanudził, a poza tym czułby się przy niej nieskończenie blado (jako, że sam idealny nie jest). Ideały są nudne i dobrze funkcjonują tylko w świecie fantazji. Tam mogą sobie mieć powiększony biust, wieczny, przyklejony uśmiech i mogą nawet nie mieć żadnych problemów.

Tymczasem w prawdziwym związku jest miejsce na płacz, złość i na śmiech. I jeszcze na tysiące innych uczuć i emocji. W życiu idealny związek to taki, w którym po prostu się szanujemy i traktujemy na równi. Dlatego…

pieprzyć to!

Uwielbiam uczucie bycia akceptowaną taką, jaka jestem. Z całym balastem. Z porannymi szparkami zamiast oczu i każdym włosem w inną stronę. Z pasjami, którymi mogłabym obdzielić z pięć osób. Z życiowym nieogarem. Z całą moją duchowością. Z wyobraźnią korzystną i niekorzystną. Z tym, co sprawia mi trudność. Z nieumiejętnością ubrania chaosu w głowie w mowę. Ze zrozumieniem. Z wnikaniem w siebie. Z tym, w czym jesteśmy podobni i z tym, w czym się różnimy.

Uwielbiam akceptować takiego, jaki jest. Z tym, że każdemu chce pomóc. Z tym, że nieraz jest moim rozsądkiem i potrafi w mgnieniu oka wlać spokój w każdy nerw. Z wyrozumiałością. Z rozwagą, nieraz do bólu. Z pracowitością i uroczym pedantyzmem. Z kilogramem mniej czy więcej. Z jego nieświadomością, że coś leży mu na sercu. Z wrodzoną dobrocią. Z perfekcjonizmem i zaczepnością. Z ciepłą wizją przyszłości.

Niedoskonali

Niedoskonałość stwarza możliwości. Miliardy niedoskonałych chwil, które potem na zawsze chce się już pamiętać. Oczywiście, także te niechciane, z których jednak uczymy się, jak być dla siebie lepszymi. Lepszymi wersjami nas samych, nie ideałami.

Niedoskonałości współtworzą naszą indywidualność, są częścią naszej tożsamości. Niektóre irytują, inne rozczulają. Najpiękniejsza w ludziach jest właśnie ich nieidealna różnorodność. Że ona jest bizneswoman, a tamta artystką. Ten świetnie gra na nerwach, a tamten jest do rany przyłóż. Że ta ma za dużo w boczkach, a tamta mini biust. Że ten ma duże usta, a tamten mały nos. Że ona ma wieczną melancholię, a inna gada bez zastanowienia. Że on świetnie kopie w piłę, a inny gra w gry.

Chcemy być razem nie dlatego, że mamy wiecznie różowe okulary i zdaje nam się, że to drugie to ideał. Chcemy być razem, bo akceptujemy jasną i ciemną stronę naszych osobowości. Jesteśmy ludzcy, a więc interesujący z tym, że tak dalecy od wszelkich ideałów.