Jedni od razu wybuchają, inni za wszelką cenę starają się zachować spokój i uniknąć kłótni. Bez względu jednak na to, jakie mamy podejście, każdemu zdarzają się sprzeczki. Po co nam one?

Wyznaję zasadę, że dobra kłótnia nie jest zła. Owszem, jeśli rzucacie talerzami, wzajemnie się nie słuchacie i nie próbujecie zrozumieć, to taka kłótnia może okazać się po dwakroć bolesna. Bo i odłamkiem można oberwać, i słowem – nieraz jeszcze mocniej. Nadal jest jednak szansa, żeby uczynić z kłótni jakąś pozytywną wartość. Przynajmniej po, kiedy już ostudzisz emocje.

W końcu wyrzucasz z siebie, co Ci na wątrobie leży! A to nie może pozostać bez odzewu. Oczywiście, dobrze, kiedy dzielisz się tym, co Cię uwiera, często i w spokojnej rozmowie, bo wtedy minimalizujesz ryzyko wystąpienia kłótni, która zakończy się dozgonnym fochem dwustronnym. Powiedzmy jednak, że nie do końca się udało. Coś tam się w głowie od dłuższego czasu zbierało i w końcu wybuchło. Atakujesz, a partner (lub inny współkłótnik) w odpowiedzi czyni to samo. Następuje eskalacja i potężny wybuch konfliktu, ale już przynajmniej wiecie, co Wam w sobie wzajemnie nie pasuje. Kwestia teraz czy to uniesiecie.

Na szczęście częściej, jeżeli wszystkie nieścisłości załatwiacie na bieżąco, idzie o pierdoły i kłótnie wtedy są stosunkowo małe. Pierdoły mogą kryć w sobie drugie dno (np. okres, ale o to kobietę lepiej na głos nie oskarżać), ale nie muszą. Taki konflikt jest łatwiejszy do przeżycia i mniej drastyczny w skutkach. Właśnie za takimi minimalistycznymi kłótniami jestem. Spięcia wtedy są spoko, zazwyczaj nie bolą za bardzo, a niosą ze sobą ciekawą informację zwrotną. Po prostu czasami burza musi przyjść, żeby świeżego powietrza naleciało. Niech taka mała kłótnia sobie będzie, niech przyjdzie. Ważne, żeby nie urosła do rozmiarów wojny.

I co w tym dobrego?

Ano dobre jest to, że łapiesz sygnał: oho, coś temu człowiekowi nie pasuje. Być może wcześniej nie zwróciłaś na to uwagi. Być może nie komunikował się z Tobą zbyt jasno. Teraz wreszcie kawa na ławę i można znaleźć źródło problemu. Albo dostrzec, że w ogóle ten problem jest. Robisz krok do przodu. Jak się trochę zdystansujecie, to szybko coś zaradzicie.

Małe kłótnie pozwalają lepiej poznać tego, z kim się kłócimy. (Wielkie zresztą też, ale im większa, tym większe ryzyko, że nie będziemy chcieli się już poznawać.) Szczególnie w relacjach miłosnych, kiedy wszystko idzie słodko, to mam wrażenie, że ślizgamy się tylko po swoich pancerzach. Nie wchodzimy w głąb. Tak jest na poziomie zauroczenia, ale potem nie da się nie dostrzec, że nie we wszystkich miejscach naszego światopoglądu jesteśmy podobni. I próbując się dopasować, będziemy sprawiać sobie ból. Jest w tym coś pięknego. W chwilach tarć czuję, że poznaję prawdę o tym człowieku. Teraz widzę jaki jest, kiedy go poniesie. A kiedy nie kontroluje w pełni swoich emocji, wiem też, że się przede mną odsłania.

Wielkie kłótnie z kolei mają taki plus, że zmuszają do zastanowienia, co dalej. Wielkie kłótnie są potężnym ładunkiem wybuchowym. Pchają ludzi do podejmowania odważnych decyzji. Myślę szczególnie o związkach, w których partnerzy od dawna się ze sobą nie dogadują. Odejść czy zostać? Po wielkich kłótniach nic nie jest już takie samo. Bywają takie kłótnie także w dalszej rodzinie i potem na lata zapada cisza. Cisza, w której tkwią niewypowiedziane żale nie jest dobra. Tkwi z tyłu głowy, jednocześnie lokując kamień w żołądku. I weź tu teraz idź, i bądź szczęśliwy.

Po kłótni

Najważniejsze, żeby było jakieś po. Bo właśnie cisza po nerwowej wymianie zdań, nie jest końcem konfliktu. Cisza jest jego zawieszeniem i najgorszym, co może człowieka spotkać. Czasami jednak bywa, że niewiele możemy zrobić, bo druga strona już z nami nie chce gadać. Tego nie nazwałabym dobrą kłótnią, ale trucizną.

W sytuacji kiedy jednak jest czas po kłótni, czyli zażegnaliśmy spór, pogodziliśmy się albo chociaż zadeklarowaliśmy chęć współpracy w tym celu, to jest właśnie chwila, kiedy można się do drugiej osoby zbliżyć. Nie mam na myśli, żeby od razu po wyzwiskach lecieć i ją tulić, bo to różnie może wyjść. Chodzi mi o taką chwilkę dla siebie, do zastanowienia.

Jeśli odpowiemy sobie na pytania takie, jak: Co powodowało drugą osobą? Dlaczego zachowała się tak, a nie inaczej? Dlaczego mnie to tak zirytowało? Jak możemy to naprawić? Co zrobić, żeby osiągnąć porozumienie? To łatwiej będzie uniknąć podobnych sprzeczek w przyszłości.

Warto wtedy postawić się na miejscu drugiej osoby, by zrozumieć motywy jej działania. Nie wiem do końca, jak to się dzieje, ale kiedy opadną emocje i wszystko sobie przemyślę, to zawsze czuję nagły przypływ czułości. Kłótnie więc nie mogą być takie złe.