Spaceruję sobie spokojnie z ukochanym. Aż tu nagle wymija nas jakaś ślicznotka. Obserwuję jego reakcję, a on bezczelnie po prostu na nią spojrzał kątem oka!

Co zrobić? Strzelam focha. Towarzysz zbaraniał i nie ma pojęcia, o co mi chodzi. A to przecież oczywiste! – Dlaczego na nią patrzysz, chłopcze, dlaczego mi to robisz?! Chciałeś ukryć przede mną ukradkowe spojrzenie, ale ja cię przejrzałam – mówię mu rozgorączkowana. A on przystanął i nie widzi, że jego patrzenie to jest poważny problem. To znak rozsypki jest. Już mu się nie podobam czy co?!

Ok. Stop, stop, STOP!

Powyższa scenka zapewne miała miejsce i to nie raz, nie dwa, ale przytrafia się miliony razy. I to nie tylko w brazylijskich telenowelach, niestety.

Presja niepatrzenia

Do dziś pamiętam inną sytuację. Szłam właśnie ze świeżo upieczonym chłopakiem. Minęła nas jakaś dziewczyna, ale nie zwróciłabym na nią najmniejszej uwagi, zajęta bowiem byłam innymi myślami. Wtem jego i moje oczy się spotkały. Usłyszałam, że patrzył na rower. Trochę mnie zamurowało, że tłumaczy się z tego, chociaż ja nie zaobserwowałam nawet, że gdzieś zerkał. Niestety, kobiety wywierają na mężczyznach straszną presję niepatrzenia.

Coś wam powiem: tak nie można, Kobitki Drogie! Nie można się wściekać na mężczyzny odruch. Bo to jest prawda, co mówią, że on tak ma. On sobie musi trochę popatrzeć, nacieszyć oko. W przypadkach zwyczajnych, niepatologicznych, a także, kiedy żaden inny znak końca związku nie wisi nad głową, absolutnie NIC się za tym zerkaniem nie kryje.

To, po co on patrzy?

Instynkt. Nawet jeżeli ma już swoją wymarzoną, nie jest w stanie zapanować nad swoim patrzeniem. Tak ma, po prostu. I, o ile, nie zachowuje się przy tym w sposób lekceważący, najlepiej się z tym pogodzić. Bo inaczej może się zdarzyć, że związek rozpadnie się… i to nie z powodu jego patrzenia, a jej chorobliwej zazdrości. Mężczyźni w znakomitej większości są wzrokowcami, a to oznacza, że lubią podziwiać piękne obrazy. Dużo ładnych obrazków. Tylko tyle i nic więcej.

Może nie wszystkie mają taki odruch, ale kobiety też przecież patrzą. Przyjemnie mieć w zasięgu wzroku ładnych ludzi. To podziwianie na podobnych zasadach, jak zachwyt pięknym krajobrazem. Przyznaję się bez bicia, że też to robię. I nie ma w tym nic złego. Padłabym, gdyby ktoś mi ciągle wypominał, że rzuciłam na kogoś okiem (a chorobliwi zazdrośnicy zdarzają się również wśród panów).

Równa babeczka

Jeśli chcesz poczuć się lepiej, na początek warto sobie uświadomić, że ślicznotki zawsze będą, i że on spotyka je nie tylko wtedy, kiedy idzie gdzieś z Tobą. Dobrym rozwiązaniem w tej sytuacji jest zdać sobie sprawę, że jesteś jedną z nich. Przecież równa z Ciebie babeczka! A jak myśli równa babeczka?

Na pewno pozytywnie. Wie, że jest atrakcyjna, i że jej mężczyzna jest z nią dlatego, że właśnie ją wybrał spośród tłumów innych ślicznotek, na które się w życiu napatrzył. Nie jest z nią tylko dlatego, że się akurat nawinęła (pomijam relacje patologiczne). Ona nie musi mu ciągle udowadniać, że jest naj, wystarczy jak będzie sobą, bo on już to wie. Ona nie porównuje się z innymi, bo jest jedyna w swoim rodzaju. Nie musi się wiecznie stresować, że on ucieknie do innej, bo zna swoją wartość. Czuje się świetnie we własnym ciele.

Pewność siebie i zaufanie do partnera ma nieporównywalnie większą skuteczność niż ciągłe podejrzewanie najgorszego i kontrolowanie.

Zazdrość zdrowa

Nie chodzi o to, że zazdrość jest całkiem do dupy. Może być odczuciem pozytywnym, ale by tak było, trzeba umieć nad nią zapanować. Dobrze dozowana może mężczyznę mile połechtać. Ale wtedy: po pierwsze, on musi wiedzieć o co chodzi, a po drugie nie może to być standardowy foch za każdym razem. Raczej od wielkiego dzwonu i raczej z przymrużeniem oka.

Scenariusz B (pożądany)

Spaceruję sobie spokojnie z ukochanym. Mijają nas różne kobiety: ładne, zadbane i przeciętne, ale wyróżniające się jakimś małym szczególikiem w swej urodzie. Mijają nas mężczyźni: przystojni, dobrze ubrani oraz interesujący, choć brzydcy. Czasami zauważam kogoś w moim typie, podoba mi się. Rejestruję ten fakt i idę dalej, bo mam faceta, którego cenię nie tylko za to, że jest przystojny. Przechadzamy się, rozmawiamy, wygłupiamy jak zwykle. Czasem komentujemy wygląd innych ludzi.

A potem żegnamy się. Kiedy dalej już osobno wędrujemy po mieście, patrzymy na przechodniów i zastanawiamy się, jak zabawnie podsumowałaby ich nasza jedna druga. Za niektórymi nawet się oglądamy, bo robią na nas wrażenie. Do niektórych się uśmiechamy, bo chcemy zobaczyć ich uśmiech. To zawsze dobra energia. I tak chodzimy, spacerujemy, przemierzamy ulice, ciesząc się, że mamy wolność bycia sobą.

Fot. Kati Garner