Enigmatyczne stwierdzenia, koślawe litery, niekontrolowana ortografia licealisty, tysiące skreśleń i poprawek. A może po prostu biała kartka.


Jakiś czas temu, nie tak daleko stąd, była sobie dziewczyna. Jedną nogą mieszkała jeszcze w Krainie Dzieciństwa, ale drugą stąpała już niepewnie po kobiecym gruncie.

Być może ją znasz.

Dziewczyna z oczami wpatrzonymi w gwiazdy i w ciężkich butach, które za często ściągały ją na ziemię. Dziewczyna w wieku przejściowym.  Jej zaletą i jednocześnie przekleństwem było małe, wrażliwe serce, które bardzo chciało wypełnić się uczuciem. Oczywiście, nie pytało o zgodę i zakochiwało się to w tym, to w tamtym chłopaku. Czasami mniej, czasami bardziej szczęśliwie. Zazwyczaj jednak uwielbiało swoje własne wizje, które nieraz miały nawet coś wspólnego z rzeczywistością. Dorastająca kobieta lubiła żyć w tej mieszance iluzji i rzeczywistości (proporcje dowolne). W tym świecie jej uczucia mogły znaleźć schronienie. To była jej czapka-niewidka, jej bezpieczny pancerz.

Miała obsesję. Jej bzik był oczywiście czymś, co łączy fikcję z prozą życia. Były to bajki czytane nocą przez duże dziewczynki, bajki potocznie zwane listami. Dla niej list był jednak czymś więcej, synonimem ciepła, które można uwiecznić i zatrzymać na czarną godzinę. Zwierzeniem, które pozostawia po sobie ślad w duszy piszącego i czytającego. Głupotą, która na papierze nabiera znaczenia. Uśmiechem, który dostał korzeni, więc zawsze można do niego wrócić.

Wyobraź sobie!

Jest zimowy, mroźny wieczór. Siedemnasto-osiemnastolatka odkryła w skrzynce list zaadresowany do siebie. Biegnie do domu, parzy sobie rozgrzewającą herbatę, wygodnie sadowi się w fotelu w swoim pokoju i już bez dłuższego zwlekania, rozkoszując się tą chwilą… powoli i ostrożnie otwiera kopertę. Czyta list, a każde zawarte w nim słowo, daje jej więcej ciepła niż ten gorący napój. Cieszą ją nie tylko słowa, ale też to, że ktoś miał dla niej ten gest. Ktoś dla niej zapamiętał się w tych literach i zdaniach.

A potem, pięćdziesiąt lat później, kiedy bidulka się zestarzała, chętnie wspomina stare dzieje. Siedzi w fotelu i wraca do swoich dziewczęcych historii. Litery w listach porządnie już wyblakły, ale ona zna każde słowo. W końcu czytała je sobie we wszystkich tych chwilach, kiedy czuła się wyjątkowo samotna, a w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby ją podnieść na duchu.

Stop!

Gdyby skrzynka mogła wypełnić się samymi obietnicami listów, byłoby ich w sam raz, żeby pocieszyć samotną staruszkę. A tak… w tamtym czasie listonosz nie chciał przynieść ani jednego.

A dziewczyna? Otrzymała w prezencie więcej magii niż mogłaby sobie wyobrazić. Zrozumiała to jednak dużo później.

Z tamtych czasów szczególnie zapamiętała jeden list. Nigdy nieotrzymany, leżący w którejś z szuflad biurka, pokrywający się stopniowo kurzem, dezaktualizujący się, pewnie w końcu podarty i wyrzucony. List, który mógł zawierać komplementy godne największego Casanowy albo, równie dobrze, być opisem przygotowywania pierwszego w życiu schabowego. Czy to nie wspaniałe?

Czasami najwięcej magii jest w niedopowiedzeniach.

Te zagadkowe zdania, które nigdy nie dotarły do adresatki, mogły być wszystkim. Enigmatyczne stwierdzenia, koślawe litery, niekontrolowana ortografia licealisty, tysiące skreśleń i poprawek. A może po prostu biała kartka. Może tylko „cześć” i dalej mętlik (nie wiem, co ci napisać dziewczyno, bo jestem dorastającym facetem, a to jest strasznie niemęskie zajęcie, oczekujesz ode mnie zbyt wiele).

W wyobraźni, która pozwoliła tej dziewczynie na dłużej pozostać w Krainie Dzieciństwa, a w końcu również zostać nietuzinkową kobietą, zamieszkały wszystkie potrzebne jej wówczas słowa.