Coraz szybciej chodzę i coraz mniej poruszam się dla przyjemności. Nie spaceruję, ale gonię własny ogon. Nie piszę od serca, tylko mędrkuję. Jestem specjalistą w dziedzinie takiej, śmakiej i owakiej. Czasami zgodnie z poleceniem staję się specjalistą od wszystkiego. Nie mam jednak kontaktu ze sobą. Z nikim nie mam kontaktu. Nie muszę czuć, muszę tylko wiedzieć.

 dusza się rusza

Tańczyłam na wietrze

Were you happy as a child? 
I saw you dancing in the breeze 

Oren Lavie „Did You Really Say No”

Pamiętam urywki różnych historyjek, które kiedyś przyszły mi do głowy. Tęsknię za nimi. Za tańcem na wietrze. Za szepczącym lasem. Za snami na jawie. Ciągle pragnę coś tu napisać. „Pragnę” to najlepsze słowo w tym przypadku, choć wydaje się nie pasować. Wydaje się na wyrost. Kiedy jednak chodzi o coś, co ciągle siedzi człekowi z tyłu głowy i wiecznie się naprzykrza, chyba nie ma za dużych słów. Ten z Góry ma swoje metody i jestem Mu za to ogromnie wdzięczna.

 

Czuję, że mam wiele do odkrycia. Że mogłabym naopowiadać jeszcze wiele historii. Że mogłabym przenieść się znów do Gdziebądź i poznawać całkiem nowe oblicza tej krainy.  W związku z tym, kiedy wracam do domu… robię obiad, obcinam paznokcie, gram w Wiedźmina albo zasypiam wykończona. Nawet nie zastanawiam się nad tym, dokąd idę. Po prostu idę. Bez celu. Bez sensu. Najgorsze, że nie potrafię sobie wytłumaczyć, dlaczego wolę zabijać porońce czy południce zamiast siąść z tyłkiem i odkrywać własne historie.

 

Okazuje się jednak, że i na opornego jest sposób. Skoro nie chciałam słuchać na jawie, to coś mi się przyśniło. Przypomniałam sobie piosenkę, taką całkiem o mnie. O tej mnie, która ma dużo czasu dla siebie. O tej mnie, która z rana już zdąży sobie coś wymarzyć. O tej mnie z Gdziebądź, która gapi się na zachód słońca. O tej mnie, którą jeden bodziec jest w stanie przenieść gdzieś… nobody knows.

 

Złapałam tę myśl na nić. Popłynęła muzyka. Przy okazji odkryłam, że mam zaległości w dziełach pana Lavie i w tym zeszłorocznym coś mnie poruszyło. Nie wiem, czy już o tym pisałam, ale to właśnie muzyka najdalej mnie przenosi. Czuję jakbym się gdzieś teleportowała i nie mogę się zatrzymać. Teraz też się nie zatrzymywałam. Stęskniłam się za taką poruszoną Joanną. Nie za tym, kim kiedyś byłam, ale za odczuciami. Przypomniałam sobie, że poruszenie to moje ulubione uczucie. Otulił mnie przyjemny wietrzyk, który zapytał: Did you really say no?

 

misja życiowa

Dbalstwo, czyli dbałość byle jaka

Odkąd moje pisanie ogranicza się do tworzenia w pracy dziesiątek artykułów ekspercko-inspiracyjnych, stwierdzam, że gdzieś ulotniło się moje poruszenie. Niepisanie wpływa na nieporuszanie, a nieporuszanie na niepisanie. Jestem opieszała, leniwa i zamykam Gdziebądź na klucz. Tak często czuję się źle z tym, że codzienność pochłania wszystkie moje godziny. Tak często wyrzucam sobie, że nawet, kiedy się poruszam, to tak naprawdę wcale nie ma w tym poruszeń. Wrażenia kumulują się bez mojej atencji.

The wind is howling like this swirling storm inside
Couldn’t keep it in, heaven knows I’ve tried.

Indina Menzel „Let It Go”

Ja zawsze byłam jakby obok. Miałam czas. Życie upływało, jak to życie. Ja wrzucałam literki, słowa do jednego wora i się nimi bawiłam. Lubiłam pisać o rzeczach, które wcale nie musiały się dziać. Lubiłam sobie wyobrażać. Lubiłam odczuwać i to wcale nie musiały być miłe rzeczy. Po latach to rozumiem. Jestem tragikomicznym wrażliwcem, który próbuje wysiedzieć za biurkiem, pisząc farmazony o sprawach zupełnie w życiu nieistotnych. Bo dla mnie znaczące jest to, czy Kumpel kiedyś przyjmie mnie z otwartymi rękami. Czy powie, że dbałam o to, co mi dał? Jestem pewna, że to jego sprawka z tymi ostatnimi poruszeniami. Bo to przecież nie pierwszy raz…

 

Postanowiłam sobie dzisiaj, że to, co napiszę nie będzie idealne. Nie będzie poprawiane pięć tysięcy razy aż znajdę idealne słowo, idealne zdanie. Nie będę godzinami dobierać zdjęć, szukać najlepszych fraz pod pozycjonowanie. Może w ogóle nic nie będę… Może tylko będę czuć te słowa po swojemu. (Oczywiście, już nie do końca mi się to udało, bo zmieniam i poprawiam któryś raz, któryś dzień. Łapię kolejne myśli, ale jednocześnie cały czas się poruszam.)

 

Tęskno mi za tym „kiedyś”, kiedy nie interesowałam się pozycjami w Google, kiedy uznawałam, że słowa wystarczą i nie ma potrzeby wzbogacania każdej wypowiedzi jakąś grafiką. Pisałam tak, żeby najlepiej nikt mnie nie rozumiał, bo nie o to mi chodziło, żeby rozumiał. Codziennie utrudniałam zdania, żeby czytając, każdy interpretował po swojemu. Chciałam odnajdywać powtarzające się IP na podstronach mojego pamiętniczka. Chciałam mówić o sobie, ale najlepiej być jednocześnie chronioną pancerzem. Pamiętniczku, wymyślniczku…

 

coś wartego napisania

Nie mogę? Weź hulajnogę.

Czasami jakieś tchnienie, jakieś poruszenie przypomina mi, ile kiedyś było w tym moim pisaniu życia. Potrafiłam codziennie tuż po powrocie ze szkoły siadać do pustego arkusza edytora tekstu i godzinami stukać w klawisze. To samo robiłam z luźnymi kartkami, kiedy akurat siedziałam w parku przy muszli koncertowej, w wakacje na plaży czy w domu na kanapie. Jakoś mniej pędziłam donikąd. Spokojnie szłam do Gdziebądź. I choć dzisiaj wiem, że nie można przeżyć życia, będąc w innym świecie, to jednak częstsze w nim wizyty bardzo by mi pomogły.

 

Brakuje mi moich pisemnych uzewnętrznień. Martwi mnie, że jedyne na co mnie ostatnio prywatnie stać to napisanie kilkudziesięciu zdań na Instagramie. Czasami nawet są mądre. Czasami nawet się z nich cieszę. Bywa, że układają myśli w całość tak, jak kiedyś to pamiętniczkowanie blogowe.

 

Niepostrzeżenie mijają kolejne miliony dni, a ja wciąż mam wizję siebie w fotelu. Wciąż mam w głowie tyle zwykłych dni i niezwykłych historii, że zastanawiam się, jak ja je tam mieszczę i ile jeszcze tam wcisnę. Przy okazji tej myślodsiewni doszłam też do wniosku, że jeśli tylko trochę Mu pomożemy, to Bóg nie pozwoli nam zmarnować tych dobroci, które w nas siedzą, i które sam w nas tchnął. Dziś jednak mam braki i wcale nie wiem dlaczego. Może bałam się, co znajdę w środku. Może za bardzo chciałam pisać o świecie, którego nie czuję i do którego jest mi daleko. Może nie ma na to moje pisanie idealnych słów. Może po prostu trzeba zacząć pisać. Może…

It’s time to see what I can do
To test the limits and break through

Indina Menzel „Let It Go”

Życie składa się ze zwykłych wydarzeń, które czasami urastają potem do miana wydarzeń granicznych. Części z nich wcale się nie pamięta, ale one były. Jak to dobrze, że nie można wrzucić starych kartek życia do ognia i zacząć od nowa z czystym kontem. Jak to dobrze, że jest jakaś przeszłość, za którą można tęsknić albo chociaż się z nią godzić. Jak to dobrze, że jest wyobraźnia, która wszystko upiększa. Jak to dobrze, że pewne pragnienia nigdy nie ustają. Jak to dobrze, że Bóg czuwa nad tym, by nie dały mi spokoju.

 

Dobrze jest czasem coś sobie przypomnieć. Życie lubi biegać, ale to nie szkodzi. Wystarczy, że będę poruszać się na hulajnodze. To i tak o wiele lepsze niż mylenie szlaków.