Mijają dni. Na dworze robi się coraz chłodniej. Na sercu nie robi się cieplej. W głowie ciągle kręci się, i wierci dziurę, myśl: „Gdzie go spotkam?”.

Ale nigdzie go nie ma. Nie ma go w sklepie. Nie ma go na którejś z kolei wystawie sztuki dawnej. Nie ma w kinie. Pewnie nie ma też w Lublinie. Wydaje się, że sprawa jest opłakana. Nie ma szans, żeby się książę objawił.

Z tęsknoty za nim nie wyrabiam. Chce mi się wreszcie stworzyć trwałe relacje tak już na amen. Próbuję więc rozpoznać go w którymś z kolei miłym gościu, który rozochocił się na widok lecącego z nogi pantofla. Ewidentnie jednak nic z tego. Księcia nie ma. To jeszcze nie ten bal. Pozostaje mi czekać. Na pytanie: „Gdzie go spotkam?”, co mądrzejsi odpowiadają, że może być wszędzie. A mi się płakać chce, bo co z tego, jak nie mogę go w tym „wszędzie” znaleźć. Wszędzie to przecież prawie jak nigdzie.

Czasami wierzyć mi się nie chce, że ten książę w ogóle istnieje. On zaś w tej chwilce toczy którąś z kolei życiową walkę. Zwycięstwo nie przynosi mu jednak ukojenia. Chciałby mieć panią serca, która byłaby z niego dumna, gdy będzie wracał z placu boju. Chciałby móc odpoczywać po ciężkich znojach w towarzystwie kobiety, przy której będzie mógł zdjąć swoją ciężką zbroję, nawet jeśli okaże się to być obarczone większym ryzykiem niż jakiekolwiek wcześniej stoczone bitwy.

poznanie w klubie

Gdzieś go spotkasz

Księcia nie ma, kiedy piję ente piwo. Nie ma go też wtedy, kiedy zamiast damy przypominam bardziej zmęczoną życiem chłopkę. Myślę sobie, że lepiej jest nie myśleć i częściowo mi się to udaje. Poza tym nieraz nawet potrafię się cieszyć życiem, w tych momentach, w których nie próbuję go na siłę szukać. Wspominam stare przygody i czynię z nich sobie mały świat. Czasami się wzruszam, czasami rozśmieszam. Doświadczam szerokiego wachlarza emocji i nie są to emocje związane z zakochaniem. Potrafię się życiem zafascynować, kiedy mam po temu odpowiedni nastrój.

Bywam tu. Bywam tam. Bywa, że cieszę się tym, co jest. Tym, że dni są jeszcze długie. Tym, że są ludzie, do których można wyjść, nie dbając specjalnie o nic. Cieszę się, że choć zmarnowaną, to jednak pozostaję damą. Rozumiem, że gdzieś go spotkam, a na razie dbam o relacje z samą sobą.

zachwycony mężczyzna

Książę się cieszy

Jest zwykły dzień pod koniec wakacji. Na zewnątrz robi się coraz chłodniej. Na sercu nie robi się cieplej. W głowie ciągle kręci się, i wierci dziurę, myśl: „Gdzie go spotkam?”. Mam dziwne przeczucie, że dzisiaj kogoś poznam. Nie wiem czy to będzie książę, czy jak zwykle wariat. Nie chce mi się nawet wyjść z domu, ale się zmuszam, nauczona doświadczeniem, że żałuje się zazwyczaj tego, co nas omija.

Spotykam się z ludźmi. Pewnie gadam jakieś głupoty, o których za chwilę już zapominam. Po prostu jestem tu i teraz. Idę na parkiet, na którym byłam tych kilka razy w życiu. (Przez resztę czasu nie czułam się królową balu.) Dziś tańczę tam z jakimś wewnętrznym spokojem, a nawet i z przyjemnością, co pewnie częściowo spowodowane jest wypitym uprzednio winem.

Książę tymczasem od kilku godzin błąka się po tym przybytku i przygląda okolicznym pannom. Zmęczony ostatnimi wyzwaniami poszedł odstresować się przy muzyce i tańcach. Trochę przy tym ciekawie się rozgląda. Zerka na parkiet, jeszcze raz zerka i czuje się jakby doznał olśnienia. Uśmiech wariata wypełza mu na usta.