Był tajemniczy. Mieszkał daleko. Na zdjęciu nie pokazywał twarzy. Malował, rysował, tworzył, wymyślał. Niepokorny artysta. Filozofował dużo i potrafił opisać swój zwykły dzień tak, że wydawał się niesamowity. Historię gotowania spaghetti albo charakterystykę tendencji do za późnego rannego wstawania mogłabym czytać w nieskończoność.

Ostatnio robiłem małe przemeblowanie z farbami, tuszami i innymi mazidłami… i zgadnij kogo znalazłem! No nie, nieee. To nie była uschnięta mysza, chomik czy inny mały futrzak. Nie zgadłaś! Napotkałem, podczas szperania i przekładania, przesuszoną, dobrze zakonserwowaną biedronkę. Chyba nawdychała się farbianych oparów i przysnęła biedna na zawsze.

Wymienialiśmy długie wiadomości. Na portalu randkowym miejsca nie starczało. Tematy rodziły się same. Od wszystkiego do niczego i na odwrót. Chłonęłam te słowa z lubością, rozsmakowywałam się. Zwroty i zwrociki tworzone pod wpływem chwili wiedziały do kogo trafić. Czułam, że znalazłam kogoś w wyrażaniu do mnie podobnego. Wolną i swobodną duszyczkę, która najchętniej wyrwałaby się i poszybowała gdzieś ponad głowami.

Poezja i proza

Po kilku miesiącach literkowych pogawędek przyjechał do miasta B. Porozmawialiśmy, zaparzywszy herbę liściastą. Wreszcie można było razem zasmakować w podwieczorku. Dogadaliśmy się świetnie, więc naturalna kolej rzeczy była związana z koleją: jeździliśmy w tę i z powrotem. Wyczekiwaliśmy na dworcach. Czas mijał jak z kopyta, kiedy wdawaliśmy się w niekończące dysputy i czuliliśmy.

Tyle, że w rzeczywistości te nasze niesamowite chwilki szybko zaczęły być chwilkami bardzo zwykłymi. Nie tak kwiecistymi, nie tak poetyckimi. Spacer po parku w ciemnościach był co najwyżej romantyczny. Zauroczenie mogło trwać tylko krótki czas. A potem wyszło na jaw, że nie jesteśmy takimi magikami, jak potrafiliśmy być pisząc.

Nikt by tym naszym słowom nie sprostał. One układały się zresztą dalej wspaniale, ale straciły coś ze swojej magii. Już nie były tajemnicze, już nie intrygowały. Zostaliśmy dobrymi przyjaciółmi, a wszystkie fantazje zniknęły. Współwystępujące z nowymi słowami wydarzenia pochłonęły to, co miało zostać dla marzeń, dla wyobraźni. Czułam się tak, jakby ktoś pokazał mi film, a ja już wcześniej zdążyłam przeczytać całą historię w książce. Po projekcji nie było już powrotu do tego, co dawniej stworzyłam w swoim umyśle. Tamte obrazy zostały wyparte ze świadomości i zastąpione nowymi, w tym wypadku rzeczywistymi.

Najpierw było mi żal, ale potem doceniłam fakt, że tajemniczą baśń zastąpił mi najlepszy kumpel na świecie. Kompan, co ma we wszystkim fun.

A gdyby tak przyjąć inną możliwość…

Wirtualny gagatek zniknął. Nagle zerwał się kontakt. I to był moment bardzo niespodziewany. W tamtym czasie akurat mówili w wiadomościach, że w mieście Z. zamordowano jakiegoś mężczyznę, który stanął w obronie swojej dziewczyny. Pomyślałam, że to mógł być on. To mógł być każdy.

A może po prostu wolał, żeby tak zostało… Żeby pozostawić sobie taki mały, wewnętrzny świat, do którego zawsze można wskoczyć w poszukiwaniu inspiracji. Są takie osoby, po spotkaniu których coś się na zawsze zmienia. Zostaje ślad.

To nie jest historia rodem z „S@motności w sieci”. Tu nie ma ciąż, rozpaczy, niespełnionej miłości. I wszystkie jego listy mogłyby być tylko wyssanymi z palca historyjkami znudzonego, obleśnego typa. Znaczenie ma coś innego.

[…] wyobraziłem sobie jak nagle masa uradowanych małych robali zaczyna żerowisko w moich flakach. A jeśli tak jest? Może aktualnie pożerają mi jedną z nerek i myślą już o wątróbce. Chyba najwyższy czas na testament, jak myślisz? Haha!
Spokojnie, Joannie też coś wpadnie! Dostaniesz spiski-rozpiski, ślady-rozjazdy i karton znalezisk! Coś czuję, że dobrze spożytkowałabyś moje zbiory, przemłóciła je po swojemu i wydała na świat nowe wartości.

Nie skapnęło mi nic z tych wspaniałości, ale nie musiało. Najlepsze już i tak zagnieździło się w mojej głowie, zostało „przemłócone”. A efekty tej przemiałki są bardziej dalekosiężne niż ten wpis. Są we mnie.

Prawdziwej wersji nie ma

Ten pan to chodząca inspiracja. Zacieszacz nad zwykłymi rzeczami, który chodzi po świecie z pasją małego szkraba. Zadaje mnóstwo pytań i fascynująco sam sobie na nie odpowiada. Kiedy się zamyśla, to nie kontaktuje i potrafi zarwać nockę, podążając za mężczyzną widzianym w autobusie. Tylko dlatego, że wydawał się wozić z sobą jakąś straszną tajemnicę.

A najfajniejsze jest w tym wszystkim to, że takim panem/panią może być każdy z nas. W podróży. Na ulicy. W kawiarni. W Internecie. W bibliotece. W parku. Gdziekolwiek, a chociażby we własnym domu. Niekoniecznie na pełny etat, ale nawet dorywczo. Bo najwspanialsze, co może dać człowiek każdemu napotkanemu człowiekowi, to nowa iskra do zachwytu nad życiem, nowy energetyczny zapalnik. A że nie wiadomo, co u kogo zatrybi, tym większa frajda w próbowaniu. Zwykły, szczery uśmiech, buła albo parę ciepłych słów mogą nieraz zdziałać cuda i zasiać w kimś nowe, pozytywne ziarenko.

Dobrych myśli!

Fot.  Ryan McGuire